FRANCISZEK HEMPOWICZ
Referendariusz i asesor sądowy, czyli aplikacja Polaka pod zaborem pruskim
Fragment wspomnień dra Franciszka Hempowicza, które napisane zostały w 1963 r. na konkurs: „Wspomnienia Wielkopolan”. Maszynopis znajduje się w Bibliotece Kórnickiej PAN (rkp. sygn. 11 023). Wybór: Ryszard Marciniak.
Wspomnienia ukazały się w Kronice Wielkopolski w nr 3(70) w roku 1994
Wśród społeczeństwa niemieckiego, przesiąkłego od pokoleń tendencyjnym nastawieniem antypolskim, aprobującego bez skrupułów aneksję ziem rdzennie polskich i rozbiory dawnej Rzeczypospolitej, trudno było znaleźć Niemca sprawiedliwego, który by oceniał odmiennie te sprawy, a takiego wyjątkowo znalazłem podczas mej aplikacji sądowej nad Nysą, o czym obszernie powiem poniżej.
Po zdaniu we Wrocławiu dnia 21 grudnia 1905 r. pierwszego egzaminu prawniczego (die erste juristische Staatsprüfung) w niosłem do Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu (wówczas zwanego Oberlandesgericht – dzisiejszy sąd wojewódzki) – terenowo właściwego sądu dla tych, którzy zdali egzamin we Wrocławiu – podanie o przyjęcie mnie do aplikacji (Vorbereitungsdienst) w sądownictwie pruskim.
Widoki na uwzględnienie mego wniosku były bardzo małe, ponieważ władze pruskie wiedziały dobrze o mojej działalności społeczno-narodowej tak w Berlinie, jak i we Wrocławiu, a przede wszystkim o udziale moim w berlińskiej demonstracji przeciw prof. Schiemannowi¹. Były to czasy szalejącej nienawiści Hakaty pod zaborem pruskim ku wszystkiemu, co polskie i wówczas często bez podania powodu odrzucano podanie, a w razie uwzględnienia wniosku wysyłano Polaków na zachód państwa pruskiego, jak najdalej od Wielkopolski, aby ich zupełnie izolować od społeczeństwa polskiego. Ostatnim zatrudnionym w Wielkopolsce w charakterze referendariusza, jak go zwano (tj. aplikanta sądowego), był Ludwik Begale, późniejszy starosta krajowy w Poznaniu. Czas trwania służby przygotowawczej wynosił 4 lata i 9 miesięcy przy sądzie grodzkim (Amtsgericht), 12 miesięcy przy sądzie okręgowym (Landgericht), 4 miesiące w prokuraturze, 6 miesięcy w biurze notarialnym i adwokackim, 9 miesięcy przy poszerzonym sądzie grodzkim i 6 miesięcy przy Wyższym Sądzie Krajowym – razem 46 miesięcy, a 2 miesiące na ewentualne urlopy.
Wyszkolenie referendariusza odbywało się planowo. Nie przyswojenie sobie poszczególnych prawniczych manipulacji, nie rutyna były celem wyszkolenia referendariusza, lecz rozwijanie zmysłu prawniczego i właściwej metody prawniczego myślenia. Jedno i drugie osiągnąć można skutecznie jedynie przez powiązanie teorii z praktyką. Za pracę referendariusz nie otrzymywał żadnego wynagrodzenia, przeciwnie, przy przyjęciu do służby musiał albo złożyć kaucję w wysokości 7000 marek albo dać pewne gwarancje, że dysponuje taką sumą pieniędzy, która przez 4 lata starczy na utrzymanie odpowiednie do zajmowanego stanowiska. Z tego powodu tylko mały procent młodzieży polskiej mógł kierować się na zrobienie kariery prawniczej. Referendariusza narodowości niemieckiej dopuszczano bez zwłoki do pracy w sądzie. Polak musiał uzbroić się w cierpliwość, ponieważ władze pruskie, nim udzieliły odpowiedzi na podanie, zasięgały dokładnej informacji o kandydacie i jego rodzinie, szczególnie o ich nastawieniu narodowo-politycznym. Trwało to nieraz kilka miesięcy. Wiedząc o powyższym, powziąłem zamiar wykorzystać czas wyczekiwania na odpowiedź na przygotowanie do doktoratu prawa. Wróciłem wtedy do Wrocławia. Rigorosum zdałem już w lutym 1906 r. Pracę na temat: Merkmale und Bedeutung des „Eigenbesitzes” – dargelegt unter Berücksichtigung des deutschen und des römischen Rechts (Znamiona i znaczenie „posiadania we własnym imieniu” na podstawie prawa niemieckiego i rzymskiego) pisałem w rodzinnym mieście Sulmierzycach, dojeżdżając często do bibliotek we Wrocławiu.
Pisząc w tym miasteczku pracę doktorską i czekając już pół roku na odpowiedź z Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu na podanie o przyjęcie mnie do służby sądowej, ogarnął mnie już niepokój i nawet rezygnacja. W obawie, że przyjdzie mi podzielić los wielu innych, którym wniosku nie uwzględniono, wybrałem się do Poznania w zamiarze poszukania sobie stosownego zatrudnienia. Kolejno odwiedziłem osobistości stojące wówczas na czele życia społecznego i gospodarczego, jak naczelnego dyrektora Banku Związku Spółek Zarobkowych Józefa Kusztelana, patrona Spółek Zarobkowych ks. prałata Piotra Wawrzyniaka, Józefa Kościelskiego, adwokata Cichowicza i mecenasa Trąmpczyńskiego. U wszystkich spotkałem się z jednomyślną i stanowczą na razie odmową z uzasadnieniem, aby nadal dążyć do osiągnięcia postawionego celu i działać w tym kierunku, w społeczeństwie polskim bowiem jest wielki brak zawodowej inteligencji z wyższym wykształceniem. Dopiero w razie odrzucenia mego wniosku zostanę zatrudniony na odpowiednim stanowisku. Wracałem więc niezbyt pokrzepiony na duchu do domu, aby dalej czekać.
Kilka dni po mym powrocie z Poznania odwiedził mnie żandarm o niemieckim nazwisku — Wincenty Reisner, Polak, i w jak największej tajemnicy pokazał mi pismo od landrata z Odolanowa (wtenczas Sulmierzyce należały do powiatu odolańskiego), w którym landrat żąda szczegółowej opinii nie tylko o mojej osobie, lecz o całej rodzinie. Po niespełna godzinie pan Reisner pożegnał mnie zadowolony, z gotową opinią, a na drugi dzień na rowerze zawiózł ją landratowi. Pan Reisner po pierwszej wojnie światowej pełnił długie lata w Żerkowie pod Jarocinem funkcję komisarza obwodowego. Kilka dni później zjawił się u mnie listonosz Wilhelm Kokot (Niemiec i ewangelik) i tenże również w największej tajemnicy przedłożył mi tej samej treści pismo od landrata i prosił mnie, abym mu pomógł. Udzielona przeze mnie pomoc zadowoliła go zupełnie. Nazajutrz, rychło rano, wręczył własnoręcznie napisaną opinię landratowi.
A więc nareszcie w szóstym miesiącu po wysłaniu podania zabłysnął promień nadziei, lecz wszystko zależało teraz od landrata, czy i od kogo jeszcze zasięgnął dalszych opinii i jaką w końcu on sam prześle do Wrocławia. Landrata znałem również osobiście. Spędzając wakacje w Sulmierzycach, uprawiałem sport myśliwski na terenach miejskich, bogatych w lasy i zwierzynę, a po kartę myśliwską zgłaszałem się zawsze osobiście u landrata w Odolanowie, syna właściciela wielkiego i znanego banku we Wrocławiu pod firmą Bankhaus Heimann. Stary Heimann, milioner wrocławski, był Żydem i miał trzech synów. Najstarszy syn przeszedł na protestantyzm i zrobił karierę wojskową (wówczas był rotmistrzem w świdnickiej artylerii), drugi przyjął katolicyzm i poświęcił się karierze administracyjnej, a najmłodszy syn pozostał przy wierze ojca i miał po nim objąć przedsiębiorstwo bankowe.
Za każdym razem, gdy się zjawiałem w odolanowskiej landraturze przed obliczem pana landrata, mało przypominającego wyglądem swych przodków, o nieco zresztą przesadnych manierach, lecz nadzwyczaj kulturalnym i uprzejmym podejściu do petentów, witał mnie zawsze serdecznie słowami: Na, wie geht’s, Herr Studiosus (jak idzie, panie student). Na trzeci dzień po spotkaniu z Reisnerem i Kokotem postanowiłem udać się do pana landrata pod pretekstem, że zgubiłem niedawno kartę myśliwską i poprosić go o nową. Przez ten manewr pragnąłem wywnioskować z rozmowy z nim coś konkretnego o treści opinii, którą niewątpliwie już wysłał do Wrocławia. Pan Heimann przywitał mnie tym razem nie jak zawsze Herr Studiosus, lecz Herr Rechtskandidat, z czego wynikało, że opinia do Wrocławia wypadła dobrze. Lecz w toku dalszej rozmowy dowiedziałem się, że była jeszcze jedna opinia niemieckiego nauczyciela z Sulmierzyc, zagorzałego hakatysty, nazwiskiem Buch, która przeszła przez ręce burmistrza Sulmierzyc, zacnego Bawarczyka Rassbacha, nienawidzącego Prusaków, syna dyrektora Kamery Krotoszyńskiej, która administrowała rozległymi lasami bawarskiego księcia Thurn und Taxis. Rassbach, który był starszym moim kolegą z gimnazjum krotoszyńskiego, uznał opinię wysłaną przez Bucha za złośliwy paszkwil, zaś jego osobista opinia zgadzała się zupełnie z opiniami Reisnera i Kokota.
Przychylna opinia landrata sprawiła, że już 30 czerwca 1906 r. otrzymałem z prezydium Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu nominację na referendarza (aplikanta) oraz wezwanie do zgłoszenia się w ciągu tygodnia u przewodniczącego Sądu Grodzkiego w Przewozie (niem. Priebus), miasteczku położonym na prawym brzegu Nysy Łużyckiej, liczącym wówczas 1500 mieszkańców (z tych przeszło 1000 protestantów i niespełna 500 katolików). Wyjazd mój na aplikację do Przewozu miałem jedynie do zawdzięczenia landratowi Heimannowi, koledze Rassbachowi oraz Reisnerowi i Kokotowi. Stwierdzić muszę, że miałem szczęście, iż w tak ważnym dla mnie czasie urzędowali właśnie wyżej wymienieni ludzie, wyjątkowo sprawiedliwi i uczciwi, którym zawdzięczam pomyślne załatwienie mej sprawy. Rok wcześniej lub rok później były na tych stanowiskach osoby w typie hakatysty Bucha i sprawa moja byłaby przesądzona.
Wieczorem dnia szóstego po otrzymaniu wezwania przybyłem do Przewozu, a nazajutrz o godz. 9-tej zgłosiłem się w Sądzie Grodzkim, znajdującym się na pierwszym piętrze ratusza stojącego na środku rynku. Sędzia Ernst Bischoff (wyznania katolickiego), pochodzący z Głubczyc (Górny Śląsk), przywitał mnie z niekłamaną radością i zadowoloną miną, że po kilku latach otrzymał znów referendarza i towarzysza w tej zapadłej – jak się wyraził – mieścinie. Po zaprzysiężeniu mnie i wprowadzeniu w urząd poinformował, że okręg sądu jest wprawdzie mały, o jednym tylko etacie sędziowskim, że w miesiącu odbywają się tylko dwa posiedzenia, jedno cywilne, drugie karne, lecz przy dobrej chęci i pilności można gruntownie opanować wszystkie czynności wchodzące w zakres każdego sądu grodzkiego. Dziękując sędziemu za tak przychylne, a nawet serdeczne przyjęcie, zaznaczyłem, że przyjechałem z tym zamiarem, aby przy maksymalnej pilności nabyć jak najwięcej wiedzy praktycznej. Sędzia z serdecznym uśmiechem wręczył mi widocznie już dla mnie przygotowane dwa podręczniki niezbędne dla początkującego prawnika i to Daubenspecka Referat, Votum und Urteil (referat, wotum i wyrok) i Eberta podręcznik dla sądów grodzkich. Sędzia, widząc u mnie ten szczery zapał do pracy, który musiał się u mnie z natury rzeczy ujawnić po sześciomiesięcznej w niepewności i lęku oczekiwania odpowiedzi z Wrocławia, dodał, że mile jest zaskoczony moim oświadczeniem i to tym więcej, że poprzednik mój, nie zdradzając wielkiej chęci do pracy, więcej był myśliwym niż prawnikiem i że od jutra ruszymy z pracą całą parą (mit Volldampf). Byłem więcej tak zadowolony, wprost uszczęśliwiony, że rozpoczyna się praca, której pragnąłem, otwierająca mi drogę do osiągnięcia mego celu.
Po pierwszej, oficjalnej ceremonii uważał sędzia za wskazane pokazać mi miasto, w którym tegoż dnia odbywał się jarmark […]. Po krajoznawczym spacerze po mieście i opłotkach miasta, i po obiedzie w hotelu czekało mnie jeszcze w pierwszym dniu mego urzędowania, na życzenie sędziego, zapoznanie się z elitą obywatelstwa miejscowego, zbierającą się pod egidą sędziego każdego wieczoru w hotelu przy stole dla stałych gości (Stammtisch). Był to okrągły stół większych rozmiarów w przyległym do restauracji hotelowej pokoju z bilardem, wokoło którego co wieczór skupiała się śmietanka obywatelska na tzw. – przez wszystkich Niemców od niepamiętnych czasów uprawiany – Abendschoppen (wieczorowy kufel piwa). Było to dość liczne grono. Oprócz sędziego przychodzili: aptekarz Rehfald, lekarz dr Kern, burmistrz Schrader, miejscowy proboszcz Bienert, pastor Schade, dwóch sekretarzy sądowych, z pobliskiej fabryki papieru dyrektor, dr Schönherr, właściciel i dyrektor fabryki mebli Unruh, jego pierwszy kreślarz Galla, Górnoślązak, rozumiejący dobrze język polski, lecz nigdy nie wypowiedział słowa polskiego, prawdopodobnie wstydził się swej górnośląskiej gwary. Poza tym zjawiali się raz po raz właściciele pobliskich majątków. Popijając piwo, uczestnicy okrągłego stołu dyskutowali nie tylko nad sprawami dotyczącymi ich miasteczka, lecz roztrząsali również bieżące wydarzenia polityczne. Już podczas pierwszego wieczoru wyczułem u uczestników tego stołu niechęć do tego, co się działo w Rzeszy Niemieckiej, a szczególnie do poczynań cesarza Wilhelma, który w owym czasie, rozbudowując marynarkę wojenną, uprawiał sławną swoją Weltpolitik (wielką politykę światową) i kręcąc się często nie tylko po Europie wygłaszał mowy zawierające nawet pogróżki. W owym czasie – przypominam sobie – obiegały cały świat słowa, które Wilhelm wypowiedział na swym jachcie podczas podróży wypoczynkowej: Ein Schwertschlag und die ganze Welt muss dröhnen (jedno uderzenie miecza, a cały świat musi zadrżeć). Sędzia nazwał go wtenczas gadułą i zarozumialcem.
Uczestnicy stołu przyjęli mnie z nadzwyczajną serdecznością. Wszyscy wiedzieli, że jestem Polakiem i z tego powodu z wielkim zaciekawieniem pytano mnie o panujące stosunki w Poznańskiem, a zwłaszcza aptekarz, którego żona – jak twierdził – była z rodziną ówczesnego arcybiskupa naszego Floriana Stablewskiego spowinowacona. Przy pierwszym spotkaniu wypowiedzi moje były utrzymane w granicach ostrożności. Jednak później, gdy stwierdziłem, że stół wprost potępia hakatystyczną politykę wobec Polaków i zachęcony przez sędziego otwarcie naświetliłem uprawiany przez rząd pruski nikczemny sposób eksterminacji Polaków. Pierwszy zabierał głos sędzia i występował we wszystkich sprawach w roli superarbitra; proboszcz i pastor, których łączył od dawna serdeczny stosunek, często uchylali się od dyskusji i zabawiali się grą w bilard.
Żegnając się w pierwszy wieczór z uczestnikami stołu uświadomiłem sobie, że rozpoczyna się w mym życiu zupełnie nowy okres i to pod nadzwyczaj dobrymi auspicjami. Będąc wciąż pod wrażeniem wrogiego nastawienia żywiołu niemieckiego przeciw Polakom, byłem przygotowany na chłodne przyjęcie i może nawet na szykany, tymczasem wszyscy odnosili się do mnie z niekłamaną szczerością i życzliwością. Od niepamiętnych czasów kładłem się spać z uczuciem spokoju i zadowolenia, a przede wszystkim a wiarą w przyszłość. Sędzia zaś okazał się człowiekiem o wysokich walorach umysłowych i towarzyskich, kierując się na każdym kroku bezwzględną sprawiedliwością. Jak zapowiedział, od pierwszego dnia mego urzędowania zajął się szczerze moją osobą. Wszystkie nadchodzące sprawy omawiał ze mną, ustalając prawidłowy bieg każdej. Tłumaczył, jak powinien wyglądać dekret, referat, wotum i jak wyrok, przy czym logika i interpretacja norm prawnych powinna grać ważną rolę. Zrozumiałem wielką różnicę pomiędzy nabytą teorią a zastosowaniem jej w praktyce. Już po miesiącu, zaledwie po dwóch rozprawach, nabrałem tyle wprawy, że byłem w stanie w drobniejszych sprawach samodzielnie dekretować, a w sprawach procesowych, tak cywilnych, jak i karnych (oczywiście w niemałej mierze także za pomocą Daubenspecka), spisać uzasadnienie wyroku. Praca dawała mi wielkie zadowolenie, a nawet przyjemność.
Zaraz na początku mego urzędowania przedłożono mi sprawę karną o pogwałcenie starszej niewiasty, którą miałem przesłuchać jako świadka. Kobiecina odpowiedziała na moje pytania jakąś dziwną gwarą, której w żaden sposób nie mogłem zrozumieć. Wyławiałem wprawdzie pojedyncze słowa niby to niemieckie, lecz w żaden sposób z tych pojedynczych słów nie mogłem skleić dokonanego przez rozpustnika czynu i przystąpić do spisania protokołu. Kobieta, widząc moją bezradność, męczyła się, aby przedstawić mi sprawę jak najzrozumialej, uzupełniając na migi swoje nieartykułowane wyrazy, a tu ani rusz. Wtem słyszę, jak ktoś stojący za uchylonymi drzwiami śmieje się do rozpuku. Był to sędzia, który nie zauważony wchodził do sali rozpraw i nadsłuchiwał. Zbliżając się do mnie zawołał: Herr Referendar, raden Sie zu der Frau polnisch. Oniemiałem i mówię do sędziego: Proszę Pana, ona przecież mówi taką gwarą, że można skonać. A więc, aby nie skonać, mów Pan do niej po polsku – nalega sędzia. Wydawało mi się to bardzo dziwne, ale sędzia stał nade mną i kazał, więc zwracam się do kobieciny po polsku z prośbą, aby mi opowiedziała przebieg napadu na nią. Zauważyłem natychmiast, że zrozumiała, co do niej mówiłem, lecz zamiast zaraz odpowiedzieć na pytanie, to najprzód przeżegnała się – widocznie niezmiernie zdziwiona, że na tym miejscu mówi do niej osoba urzędowa w zupełnie dla niej zrozumiałym języku – i to żegnając się, wymawiała każde słowo tak, jak je wymawia Polak, gdy się żegna; a potem dopiero płynnie opowiedziała cały przebieg zajścia z napastnikiem. O nic nie potrzebowałem już dwa razy pytać, wszystko zrozumiałem dokładnie. W pół godziny protokół był spisany, oczywiście w języku niemieckim, w tym języku świadkowi przeczytany, przez świadka aprobowany i podpisany. Sędzia triumfował.
Była to Łużyczanka z lewego brzegu Nysy. Od rzeki tej na terenach ciągnących się na zachód aż poza Budziszyn mieszkają nasi pobratymcy Serbołużyczanie. Mowa ich, a zwłaszcza zamieszkałych na lewym brzegu Nysy, jest bardzo zbliżona do mowy polskiej. Z biedą mogłem się porozumieć z Czechem, już wiele lepiej z Morawianinem, a z Łużyczaninem bez najmniejszego trudu. Mowa zaś Łużyczan mieszkających bardziej na południe, bliżej Czechosłowacji, więcej zbliżona była do mowy czeskiej. Od tej pory zwracałem się do wszystkich przychodzących do sądu osób zamieszkałych po lewej stronie Nysy w języku polskim. […].
W Przewozie nie było ani adwokata, ani też notariusza. Na rozprawy przychodziło się w zastępstwie stron dwóch miejscowych doradców procesowych; czasem zjawił się w ważniejszych sprawach adwokat z Żagania lub Żarowa. Z powodu braku notariusza wyjeżdżałem z sędzią częściej w okolice, o ile chodziło o sporządzenie testamentu lub jakiegoś innego aktu notarialnego, a petent nie mógł z jakiejkolwiek przyczyny stawić się do sądu. Najchętniej wyjeżdżaliśmy na teren łużycki, położony po lewej stronie Nysy, gdzie spełniałem wtenczas funkcję tłumacza, co sędziemu sprawiało – jak sam twierdził – wielką przyjemność.
Wyjazdy rowerami oraz piesze przechadzki w teren od października z powodu krótszych dni były coraz rzadsze. Za to co wieczór był komplet przy okrągłym stole w lokalu. Nastrój panował zawsze miły, serdeczny i wesoły, tylko pastor był czasem smutny, żaląc się i zazdroszcząc proboszczowi, że kościół jego w niedziele i święta jest przepełniony z powodu tak wspaniałego śpiewu, a jego własna świątynia świeci przerażającą pustką, mimo że katolicy są w mieście, jak i w okolicy w znacznej mniejszości.
Przy okrągłym stole raczono się nie tylko piwem i omawianiem małomiejskich wydarzeń, lecz jak wyżej już wspomniałem, dyskutowano żywo nad ówczesnym położeniem Niemiec. Cesarz niemiecki Wilhelm II uprawiał swoją tzw. Weltpolitik, która nie wszystkim Niemcom odpowiadała. Wyrażano przy stole wielki żal, że Anglia, mimo pokrewieństwa z niemiecką rodziną królewską, coraz to bardziej odwraca się od swego krewniaka. Anglicy byli bowiem wielce zaniepokojeni gwałtownym rozwojem Niemiec na polu gospodarczym i handlowym, a przede wszystkim rozbudową przez admirała Tirpitza floty wojennej i oglądali się za odpowiednimi sojusznikami. W świecie wzrastała wówczas od około dwóch lat nie tylko ogólna niechęć do Niemców, lecz obawa przed nimi, co w roku 1904 doprowadziło do zawarcia trójprzymierza (entente cordiale) pomiędzy Anglią, Francją i Rosją². Zarysowało się wtenczas wyraźnie okrążenie Niemiec […].
W parlamencie niemieckim najsilniejszą partią było wówczas centrum (partia katolicka), które wywierało decydujący wpływ na sfery rządzące. Ówczesny kanclerz Rzeszy Niemieckiej, książę Bernhard von Bülow, który uchodził za nadzwyczaj zręcznego i zdolnego dyplomatę, widząc niebezpieczny dla Niemiec rozwój stosunków uznał, że ciężkie te czasy nakazują położenie kresu panowaniu partii centrowej i namówił cesarza Wilhelma do rozwiązania jesienią 1906 r. parlamentu niemieckiego, aby przez zręczne przeprowadzenie wyborów uzyskać w parlamencie oddaną sobie większość, składającą się z konserwatystów i liberałów. Wybory zostały wyznaczone pod koniec listopada 1906 r.
W okręgu wyborczym, do którego należał Przewóz, wystawiły swych kandydatów trzy partie, tj. konserwatywna, centrowa i socjalistyczna. Sędzia zdecydował się pójść na wszystkie kolejno zwoływane przez wyżej wymienione stronnictwa zebrania przedwyborcze, których przebieg zapowiadał się, ze względu na intensywną agitację stronnictw, bardzo burzliwie. Najwięcej uczestników miał wiec zwołany przez stronnictwo socjalistyczne i z tego snuł sędzia różne horoskopy i to niezupełnie jasne; raczej z jego (jako katolika) mowy wyczuwało się niezadowolenie z tego, że naraz wszyscy wymyślają teraz na to centrum, które tak wiernie stało przy cesarzu. Mimo że sędzia niby tak litował się nad centrum, nie ze wszystkim dowierzałem jemu, że odda głos swój na centrowca i gdy wciąż wyrażał swoje niezadowolenie z całej akcji wyborczej, powiedziałem do niego: Mimo wszystko, Panie Sędzio, na kogo Pan głos swój odda, to ja wiem zupełnie dokładnie. Przez to chciałem sędziemu dać odczuć, że wiem, że odda swój głos, ze względu na swój urząd jako wzorowy służbista, nie na centrowca, chociaż jest katolikiem, lecz na konserwatystę. Sędzia dobrze mnie też zrozumiał, bo natychmiast odparł: A na kogo Pan, Panie Referendariuszu, będzie głosował, to ja również wiem dobrze. Przez to chciał mi dać do zrozumienia, że ja również nie będę głosował na centrowca, chociaż jestem także katolikiem, tylko jako Polak i opozycjonista – na socjalistę. A więc zrozumieliśmy się bardzo dobrze.
Rozmowy nasze toczyły się po ostatnim wiecu wieczorem w przededniu wyborów w restauracji położonej przy wzniesieniu, na którym stała wieża głodowa – w oczekiwaniu na kolację. Sędzia dziwnie był podniecony i mimo sutej i niezłej
kolacji, i przy kuflu znakomitego piwa monachijskiego nie mógł odzyskać równowagi, która go rzadko kiedy opuszczała. Malował położenie Niemiec w ciemnych kolorach, podkreślając szczególnie, że polityka cesarza Wilhelma sprawiła, iż cały świat zaczyna odwracać się od Niemiec i że ostatecznie Wilhelm w swej megalomanii wywoła wojnę, aby zacieśniający Rzeszę Niemiecką pierścień rozbić, ale wojnę tę przegra, mając po swej stronie niedołężnego już Franciszka Józefa, cesarza Austrii, oraz Turcję i Bułgarię. Po dłuższym milczeniu wypowiedział następujące słowa, które głęboko utkwiły w mej pamięci i które dosłownie przytoczyć mogę: Zbliża się zmierzch panowania Hohenzollernów, Reich się rozleci, a ziemia ta, na której obecnie stoimy i zresztą wszystkie ziemie zabrane Polsce, począwszy od czasów cesarza Henryka Ptasznika3
aż do czasów Fryca Wielkiego, wrócą do Polski, która zostanie wskrzeszona. Ja tego już nie dożyję, ale Pan, Panie Referendariuszu, doczeka się z całą pewnością tej chwili. Po krótkiej chwili dodał: A może i lepiej, że ja nie dożyję, ponieważ chociaż się urodziłem w Głubczycach na Górnym Śląsku, nie nauczyłem się tyle po polsku, aby móc spisać wyrok w języku polskim. Wypowiedź tych nieoczekiwanych słów przez Niemca zaskoczyła mnie w najwyższym stopniu i wywarła na mnie tak potężne wrażenie, że w pierwszej chwili było mi trudno odpowiednio zareagować, a że sędzia na odpowiedź czekał, powiedziałem, że o ile chodzi tylko o wyroki, to ja je z największą chęcią za niego pisać będę po polsku, co zaś do wskrzeszenia Polski, to każdy Polak w nie wierzy i pragnie zmartwychwstania swej ojczyzny oczywiście w jej dawnych granicach, uważam jednak, że to nie będzie takie łatwe, ponieważ decyzja należeć będzie do zwycięskich państw, w jakich granicach zechcą Polskę wskrzesić. Na to sędzia bez chwili namysłu wtrącił, że zwycięskie państwa po pokonaniu Niemiec nie powinny się długo namyślać, bo sprawiedliwość dziejowa wymaga, aby zwrócić Polsce to, co zostało jej zabrane, a poza tym leży nie tylko w interesie Polski, ale także innych narodów, aby ostatecznie położyć kres niemieckiemu Drang nach Osten.
Sędzia snuł dalej myśli swe, wskazując na tereny położone na lewym brzegu Nysy, gdzie mieszkają bracia Polaków, Serbołużyczanie. Na sądzie – podkreślał sędzia – urzęduje Pan już dzisiaj po polsku, nad miasteczkiem wznosi się starożytna wieża, zbudowana nie przez jakiegoś Niemca, tylko przez Piasta, Bolka II. Poza tym nie ma na całym Śląsku miasteczka, w którym nie przypominałyby dawne pomniki, zamki, kościoły, pałace i nazwy, że ziemie te były rzeczywiście polskie.
Te zaiste prorocze słowa wypowiedział w roku 1906, a więc kilka lat jeszcze przed pierwszą wojną światową, w czasie szalejącej Hakaty, nie żaden socjalista lub komunista, lecz niemiecki sędzia, katolik, głosujący wówczas na konserwatystę, sędzia, który jako człowiek uczciwy, trzeźwo patrzał na dzieje świata i kierował się w swym życiu poczuciem sprawiedliwości. Kreśląc dzisiaj te słowa prorocze oddaję hołd cieniom człowieka o niewypaczonym poczuciu sprawiedliwości, który odczuwał dobrze, że nie wygasły w sercach Polaków prawa Polski do ziem zachodnich. Mimo szalejącej wówczas Hakaty miał on odwagę słowa te śmiało wypowiedzieć. […]
Czas spędzony w Przewozie uważam za przeżycie, którego tak łatwo się nie zapomina, a które zasadniczo różni się od przejść w następnych etapach mej aplikacji na terenie Śląska. Głęboko utkwiła w mej pamięci szlachetna postać sędziego z Przewozu Ernsta Bischoffa, który mi wskazał właściwą drogę, jaką prawnik kroczyć powinien i który jako Niemiec w ów wieczór listopadowy przed pierwszą wojną światową, w roku 1906, śmiało wypowiedział cytowane powyżej prorocze słowa co do praw Polski do ziem nad Odrą i Nysą, dodając: Ja tego nie dożyję, ale Pan dożyje. Sędzia tego nie dożył, zmarł przy końcu pierwszej wojny światowej. Słowa jego żyły niezatarte w mej pamięci, aż wreszcie doczekałem się, jak sędzia wyrzekł, i dzisiaj wierzę, że odzyskane ziemie na zachodzie zrosły się tak silnie ze swą macierzą, że żaden wróg nie zdoła ich oderwać […].
Kończąc odcinek mych wspomnień z aplikacji pod zaborem pruskim dodam jeszcze, że dnia 15 marca 1911 r. otrzymałem z Ministerstwa Sprawiedliwości w Berlinie patent nominacyjny na asesora sądowego, który nadawał mi uprawnienia sędziowskie, notarialne i adwokackie. Kilka dni później prezydent Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu przekazał mnie do sądu w Wałbrzychu jako asesora, oczywiście bez wynagrodzenia.